Pierwsze spotkanie

by Julia

Krótka notka po długiej orgii. Jest ranek, szary, wybitnie trzeźwy, purytańsko zimnooki, białooki; patrzy na mnie. Wczoraj wieczorem upiłam się, tak przepięknie się upiłam, a teraz jestem wykończona, mimo sześciu godzin ciepłego głębokiego snu. (…)
Do tego czasu wylałam już jednego drinka, częściowo sobie w usta, częściowo na ręce i podłogę, a jazz zaczynał już działać na nerwy, i zaczęłam tańczyć z Lukiem i wiedziałam, że jestem bardzo zła, przekroczyłam rzekę i zderzyłam się z drzewami, wykrzykując coś o wierszach, a on tylko uśmiechał się, patrząc półprzytomnie niczym skretyniały szatan. Napisał te wszystkie rzeczy, a teraz się bezczelnie upijał. Cóż, ja też się upiłam, „łzawo i szczęśliwie”, a nie miałam usprawiedliwienia w postaci tych świetnych wierszy (…).
A potem stało się najgorsze, ten duży, ciemnowłosy, umięśniony chłopak, jedyny tam odpowiednio dla mnie wielki, co nachylał się nachalnie nad kobietami i o którego imię się zapytałam, gdy tylko weszłam do sali, ale nie uzyskałam odpowiedzi, podszedł do mnie, patrząc mi prosto w oczy i okazało się, że to Ted Hughes. Zaczęłam wywrzaskiwać coś o jego wierszach i zacytowałam: „najdroższy diament odporny na skazy”, a on odrzekł głosem kolosa, głębokim jak dzwon, niczym u Polaka, „Podobało się?” i zapytał, czy nie napiłabym się brandy, zgodziłam się i przeszliśmy do następnej sali, mijając zadowoloną z siebie, świecącą się twarz drogiego Berta, który wyglądał już, jakby odebrał conajmniej dziesięć porodów, i bach, drzwi były zamknięte, a on nalewał brandy do kieliszka, a ja wlewałam ją tam, gdzie, o ile dobrze pamiętałam, powinny być moje usta.
A potem tak to się potoczyło, że tupnęłam i krzyknęłam „tak!”, a on miał zobowiązania w pokoju obok i pracuje w Londynie za dziesięć funtów tygodniowo, tak że później mógłby dostawać dwanaście funtów na tydzień, i zaczęliśmy tupać w podłogę, a potem pocałował mnie prosto w usta i zerwał mi z włosów opaskę, moją śliczną uwielbianą czerwoną chustkę, co nie blakła od słońca, drugiej takiej już nigdy nie znajdę, i moje ulubione srebrne klipsy: ha, zatrzymam, warknął. A kiedy pocałował mnie w szyję, ugryzłam go mocno i porządnie w policzek, i kiedy wyszedł z pokoju, krew ściekała mu po twarzy. (…)
Już nigdy go nie zobaczę, a cierniste ograniczenia codzienności tłoczą się niczym szpikulce na bramach Queens ostatniej nocy. I tak nie mogłabym pójść z nim do łóżka, za dużo tu jego znajomych, za bardzo jest z nimi związany, śmialiby się, gadali, byłabym największą ladacznicą świata, chodzącą defnicją dziwki. Nigdy go już nie zobaczę, a on nie będzie mnie szukał. Wymówił moje imię, Sylvia, i przeszył diabelskim zawadiackim spojrzeniem. Chciałabym choć raz spróbować zmierzyć się, jego siła przeciw mojej. Ale on nigdy nie przyjdzie.

Reklamy