Dziewiczość

by Julia

Tak więc pokój był poddaszem, łóżko było wąskie, a gdy Klarysa leżała na nim, czytając (bo sypiała źle), nie mogła uciec od dziewiczości, zachowanej mimo połogu, otulającej ją jak całun. Choć była kiedyś taka śliczna, przychodziły jednak chwile – na przykład wtedy na rzece, w lasach Clieveden – kiedy przez tę oziębłość, tę wrodzoną dziewiczość Klarysa zrobiła mu zawód. A potem w Konstantynopolu i jeszcze dużo, dużo razy. Wiedziała, czego jej było brak. Miała pod dostatkiem urody, inteligencji. Było jej brak czegoś w środku, co promieniuje; czegoś ciepłego, co przebija przez zewnętrzną powłokę i rozprasza zimno panujące między mężczynzną i kobietą albo między kobietami. Bo to drugie mogła niejasno zrozumieć. Irytowało ją to, miała skrupuły (Bóg jeden wie, skąd się brały); a może podsunęła je, tak to przynajmniej odczuwała, natura, która jest niezmiennie mądra. Tak czy inaczej, nie mogła się czasem oprzeć czarowi kobiety, nie dziewczyny, tylko kobiety, której się zwierzała (często to robiły) z jakiejś przygody, jakiegos szaleństwa. I czy to ze współczucia, czy dlatego, że były piękne albo że ona była starsza, czy może z jakiejś zewnętrznej przyczyny – jak smuga zapachu czy dźwięk skrzypiec w sąsiedztwie, tak wielka jest moc dźwięków w pewnych okolicznościach – odczuwała wtedy to, co odczuwają mężczyźni. Tylko przez mgnienie oka; ale to wystarczało. Było to nagłym objawieniem, było jak rumieniec, który staramy się opanować, a potem, gdy oblewa nam twarz, poddajemy mu się, uciekamy na najdalesze krańce i tam drżymy, wiedząc, że świat zbliża się do nas nabrzmiały zdumiewającym znaczeniem, nabrzmiały zachwyceniem, które rozdziera jego cienką skorupę i bucha, wylewa niezwykły balsam na rany i pęknięcia. Wtedy, w takich chwilach, widziała błysk świateł; zapałkę płonącą w krokusie, ukryte znaczenie niemal jasno wyłożone.

Advertisements